Skip to main content

U progu kolejnego zlodowacenia

michalkiewicz.jpg

Kto by pomyślał, że to, co Tadeusz Dołęga-Mostowicz napisał przed wojną jako satyrę, w III Rzeczypospolitej stanie się rzeczywistością? Bo Nikodem Dyzma z „Kariery Nikodema Dyzmy” wcielił się w Lecha Wałęsę, który naprawdę został prezydentem naszego państwa. Czy to był tylko taki zbieg okoliczności, czy też działanie intencjonalne ze strony generała Kiszczaka i ruskich szachistów, pragnących również w ten sposób okazać pogardę naszemu narodowi – tego pewnie już nigdy się nie dowiemy.

Jednym z nielicznych, którzy na Lechu Wałęsie się poznali i swojej opinii o nim nigdy nie ukrywali, był Adam Bień, były I zastępca Delegata Rządu na Kraj w okresie niemieckiej okupacji, były minister Rządu RP, skazany w moskiewskim „procesie 16” – który scharakteryzował go jako „człowieka drobnych krętactw”.

Charakterystyka – musimy przyznać - niezwykle powściągliwa i uprzejma, zwłaszcza gdy porównać ją z recenzją wystawioną Nikodemowi Dyzmie przez Żorża Ponimirskiego:

„Otóż oświadczam wam, że wasz mąż stanu, wasz Cincinnatus, wasz wielki człowiek, wasz Nikodem Dyzma, to zwykły oszust, co was za nos wodzi, to sprytny łajdak, fałszerz i jednocześnie kompletny kretyn! (...) Źle powiedziałem, że on was za nos wodzi! To wy sami wywindowaliście to bydlę na piedestał! Wy! Ludzie pozbawieni wszelkich rozumnych kryteriów”.

Te słowa można by dzisiaj odnieść przede wszystkim do michnikowszczyzny, czyli grupy cwaniaków, nie bez powodzenia próbujących sprawować rząd dusz tubylczego narodu oraz otaczającego ją nieprzeliczonego stada półinteligentów, którym instynkt samozachowawczy nakazuje beczeć chóralnie, dostrajając się do rogu barana naczelnego. Ale nie tylko michnikowszczyzna ma zasługi w lansowaniu Lecha Wałęsy na naszego narodowego przywódcę, bo przecież prezydentem został on raczej z inicjatywy braci Kaczyńskich, wbrew „drogiemu Bronisławowi” i spółce, forsującej na prezydenta Tadeusza Mazowieckiego. Dzisiaj oczywiście wygląda to inaczej, ale prawdziwa zasługa nie powinna przecież zostać zapomniana.

I oto Salon, który bliski był już ustanowienia oficjalnego kultu Lecha Wałęsy jako kolejnego skarbu narodowego, został nieprzyjemnie zaskoczony jego wizytą w Rzymie na mityngu partii Libertas, kierowanej przez Declana Ganleya. Jeszcze najważniejsi cadykowie głosu nie zabrali, ale prorocy mniejsi, w rodzaju Władysława Frasyniuka, czy Jacka Żakowskiego nie ukrywają rozgoryczenia – bo tylko tym można wytłumaczyć opinię wygłoszoną przez red. Żakowskiego, że „Wałęsa przeszedł na stronę Kremla”.

Przypomina mi to deklarację pułkownika Kwaśniewskiego ze Studium Wojskowego UMCS w Lublinie, który w marcu 1968 roku oświadczył, że „każdy żołnierz, który nie wykona strzelania, będzie uważany za agenta Bundeswehry”. Redaktor Żakowski daje w ten sposób wyraz swoim podejrzeniom, iż Declan Ganley może być ruskim agentem, bo dorobił się na handlu z Gazpromem. Ale na handlu z Gazpromem dorobiła się też Julia Tymoszenko, którą na zjazd Europejskiej Partii Ludowej do Warszawy zaprosili jego organizatorzy. Czyżby red. Żakowski ich też ośmielił się o coś podejrzewać? Jestem pewien, że takie zuchwalstwo w ogóle nie przyszło mu do głowy, a gdyby nawet przyszło, to na samą myśl już prędzej splamiłby mundur.

Inna sprawa, że trudno mu się dziwić, bo po tych wszystkich zachwytach Lech Wałęsa wszystkim swoim wielbicielom - jak to sformułował pewien niezawisły sąd – „parsknął z kiszki stolcowej” w sam nos. No, ale na takie rzeczy trzeba być przygotowanym. Nie bez kozery przysłowie powiada, że kto z chłopem pije, ten z nim pod płotem leży. Z chłopem – a cóż dopiero – z „człowiekiem drobnych krętactw”, któremu „koncepcje” mnożą się w głowie jak króliki, podobnie jak „warianty na rozwiązania”, bo jest za, a nawet przeciw, jako że tylko taka postawa ma swoje plusy dodatnie i ujemne?

Dlatego człowiek o zszarpanych nerwach, wicemarszałek Stefan Niesiołowski, jak zwykle się myli sądząc, że „nie można być jednocześnie na kongresie partii proeuropejskiej i antyeuropejskiej”. Jak to nie można, kiedy właśnie można! Skoro wicemarszałek Niesiołowski przyjął zaproszenie do Platformy Obywatelskiej, to niby dlaczego Wałęsa nie może przyjąć zaproszenia od Declana Ganleya? Bo nie obiecał mu posady wicemarszałka w Parlamencie Europejskim?

Oczywiście cała ta sprawa nie byłaby warta naszej uwagi, gdyby nie ton, jakiego koryfeusze naszej młodej demokracji używają w odniesieniu do partii Libertas. Nie mówię o cymbałach, którzy o Filipie de Villiers piszą jako o „nacjonaliście” francuskim, ale o milczącym założeniu, że uniosceptycyzm jest czymś oczywiście nieprzyzwoitym. Jak mawiali Rosjanie, „łarczik prosto otkrywajetsia” – i ten ton więcej wyjaśnia, niż mówi. Pobrzmiewa w nim znajomy, metaliczny dźwięk, jaki słyszeliśmy w płomiennych filipikach, wygłaszanych przez przodków dzisiejszych koryfeuszy naszej młodej demokracji przeciwko „reakcji” i „kontrrewolucji”.

Z reguły były one zwiastunami tak zwanych „metod administracyjnych”, czyli fizycznego terroru wobec politycznych przeciwników. Pojawienie się tego znajomego tonu nawet u pana wicemarszałka Niesiołowskiego pokazuje, że aktualna pieriedyszka dobiega końca i że nad Zjednoczoną Europę nadciąga kolejne totalniackie zlodowacenie. Ciekawe, jaki repertuar wobec swoich przeciwników, a nawet niekoniecznie przeciwników, tylko zwyczajnych, normalnych ludzi, zastosują europejsy.

Stanisław Michalkiewicz: www.michalkiewicz.pl

14 maja 2009

0
Nikt jeszcze nie ocenił tej publikacji. Bądź pierwszy
Twoja ocena: Brak