Skip to main content

Rok 2009 - szanse i nadzieje (1)

Jerzy_Robert_Nowak.jpg

Czy naprawdę PiS musiało się pozbyć Ludwika Dorna, uważanego niegdyś za trzeciego bliźniaka i najwierniejszego z wiernych w trudnych czasach opozycji, gdy rozbijano PC?

Fakty z przeróżnych dziedzin, od gospodarki po sądownictwo i politykę zagraniczną, świadczą, że jako kraj znaleźliśmy się w ogromnym grzęzawisku, z którego bardzo trudno będzie się nam wydobyć. Jakże aktualne właśnie dziś stają się gorzkie słowa ks. bp. Edwarda Frankowskiego z homilii wygłoszonej 2 maja 2003 r.: "Pod wieloma (...) względami także dzisiejsza rzeczywistość przypomina czasy saskie: upadek patriotyzmu, zanik polskiej klasy średniej, polskiego stanu posiadania, wyprzedaż majątku, słabość armii, bezkrytyczny optymizm 'a jakoś to będzie'. Na całym obszarze Polski trwają zażarte walki o władzę, o pieniądze przez wzajemne podkopywanie się, ogólną agresję wszystkich przeciw wszystkim, oszustwa na szeroką skalę, wyzysk, korupcję, złodziejstwo, niebywałe samolubstwo, rozboje, zbrodnie".

Bez żalu żegnamy się z minionym rokiem, który był jednym z najbardziej ponurych w całej naszej historii po 1989 roku. Nawet w ostatnich tygodniach okresu przedświątecznego 2008 r. obserwowaliśmy kolejne paroksyzmy nagonki na siły patriotyczne, szczególnie w wystąpieniach Stefana Niesiołowskiego i Janusza Palikota. Trzeba przyznać, że "dzielnie" wsparł ich Radosław Sikorski, atakując Kaczyńskich jako "karłów moralnych" za to, iż śmieli krytykować Lecha Wałęsę. Sikorski dziwnie "zapomniał", jak sam grubiańsko atakował tegoż Wałęsę w brytyjskim "Spektatorze" w 1992 roku. Wtedy jednak zapragnął - skutecznie - robić karierę na radykalizmie i przylgnął do obozu Jana Olszewskiego, awansując na wiceministra w jego rządzie.
Ostatnie tygodnie pokazały kolejny raz z rzędu, jak wielkie są rozmiary patologii w mediach i w sądownictwie (chociażby haniebny werdykt w sprawie Zbigniewa Ziobry, oskarżenia rzucone przeciw posłowi Witoldowi Tomczakowi czy przeciw ojcu zamordowanego Krzysztofa Olewnika).
Po raz kolejny mieliśmy również okazję się przekonać, jak bardzo serwilistyczna wobec Niemiec jest postawa obecnej ekipy rządzącej (kompromitujące kłamstwa Donalda Tuska o naszych stosunkach z Niemcami, które są jakoby "modelowe i mogące służyć za wzór całej Europie"; tak "modelowe", jak sławetny rurociąg niemiecko-rosyjski kosztem Polski, który nawet obecny minister R. Sikorski nazwał półtora roku temu "drugim paktem Ribbentrop - Mołotow").
Inny skandal to uniemożliwianie przeprowadzenia zbiórki pieniędzy na geotermię w Toruniu.
Historia uczy nas, że nie z takich "opresji" wychodziliśmy pod warunkiem, iż była w Narodzie determinacja do podjęcia trudnych wyzwań. Życie nie sprzyja płaczkom, różnym słowiańskim lelum polelum, a jedynie ludziom walczącym, prawdziwym fajterom.

Trąd w pałacu sprawiedliwości
Ewidentnie największą patologią dzisiejszego polskiego życia jest fatalna działalność polskich sądów, prawdziwie kompromitujących nas przed Europą. Jak nisko upadły niektóre polskie sądy, można było przekonać się 22 grudnia 2008 r., oglądając nagranie rozprawy przeciwko posłowi Witoldowi Tomczakowi przedstawione w Telewizji Trwam. Swego rodzaju "czarnym charakterem" tego nagrania była młoda sędzina Małgorzata Abdulajew-Zimorska, zaskakująca niebywałą butą i tendencyjnością. Przerażające było, z jaką złością megalomańsko pouczała posła Witolda Tomczaka i adwokatów, jak krzyczała, że powinni wyprowadzić ich ochroniarze. Przypomnijmy, że posła Tomczaka prześladuje się od wielu lat po incydencie, w którym policja podczas kontroli na drodze zachowała się wobec niego grubiańsko, a nawet zakuła w kajdany, nie bacząc na immunitet poselski. Po jego skardze policja nagle wystąpiła z zarzutami przeciwko niemu o to, jakoby nazwał jednego z policjantów "palantem". Sprawa ta ciągnie się od lat, podczas gdy umarza się sprawę o nazwanie prezydenta RP "chamem". Wyraźnie widać, iż chce się doprowadzić do skazania posła Tomczaka za wszelką cenę i uniemożliwić jego ponowne kandydowanie do europarlamentu.
Warto dodać, że sędzina Małgorzata Abdulajew-Zimorska popisała się wyjątkowo surowym wyrokiem skazującym jednego z synów posła Tomczaka na karę 30 dni więzienia za niestawienie się na rozprawę (na próżno adwokat przytaczał fakty dowodzące, że synowi posła Tomczaka nie doręczono na czas wezwania. Spotkał się w odpowiedzi z wrzaskiem pani sędziny). Sprawa posła Tomczaka i jego syna bardzo mocno potwierdza słuszność uwag byłego prezesa Optimusa Romana Kluski, który stwierdził w wywiadzie dla "Głosu Szczecińskiego" z 24 czerwca 2005 r.: "Myślę, że dziś jesteśmy w tak przełomowym momencie, że gdybyśmy do końca poznali obowiązujące w Polsce przepisy, to okazałoby się, że każdy z nas jest wielokrotnym przestępcą, tylko nie zdaje sobie z tego sprawy". Kazus posła W. Tomczaka dowodzi, iż nie trzeba wcale naruszyć obowiązujących przepisów, wystarczy, by trafiło się na tendencyjną sędzinę, która swym wrzaskiem i arogancją uniemożliwia prowadzenie skutecznej obrony osoby niesłusznie oskarżonej!
Sprawa posła Tomczaka to niestety tylko czubek góry lodowej, ilustrujący wszechwładzę tendencyjnych sądów. Dość przypomnieć niebywale surowe potraktowanie Zbigniewa Ziobry, którego najwidoczniej chce się zrujnować materialnie, i zrozpaczonego ojca zamordowanego Krzysztofa Olewnika (zginął na skutek zaniedbań policji i prokuratury), którego sąd chce ukarać 3 latami więzienia po szamotaninie, do jakiej doszło na skutek sprowokowania go przez prokuratora.
Ten sam wymiar sprawiedliwości, który z taką werwą ściga osoby inaczej myślące i niepoprawne politycznie, jest jakoś dziwnie łagodny wobec sprawców prawdziwie groźnych przestępstw. Ostatnie miesiące przynosiły wiele zaskakujących informacji na temat umarzania kary czy wypuszczania przestępców. A jak wytłumaczyć decyzje ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ćwiąkalskiego o likwidacji powołanych przez ministra Ziobrę, nader skutecznie działających biur do walki z przestępczością zorganizowaną? Czy likwiduje się je dlatego, że powołał je Zbigniew Ziobro, tak nielubiany przez ministra Ćwiąkalskiego i jeszcze niedawno oskarżany o złowieszczy "zamach" na wykorzystywanego w pracy laptopa?
"Rzeczpospolita" z 3 grudnia 2008 r. opublikowała tekst "Protest elity śledczej", w którym prokuratorzy działający w biurach do walki z przestępczością zorganizowaną wyrażali obawy, że likwidacja tych biur spowoduje "chaos, który może spowolnić prowadzone przez nich kluczowe śledztwa". W liście stwierdzono, że: "Likwidacja doprowadzi do obniżenia rangi tego pionu prokuratorskiego, zarówno w odbiorze społecznym, jak i wśród przestępców".
Ciągle za mało wiemy o rozmiarach patologii naszego sądownictwa. Dlatego gorąco zachęcam do tworzenia stowarzyszeń (wystarczy 15 ludzi) osób pokrzywdzonych przez bezprawie jakże wielu sądów na wzór działającego w Bielsku-Białej, niezwykle dynamicznie kierowanego przez Jerzego Jachnika "Stowarzyszenia przeciw bezprawiu". Członkowie tego stowarzyszenia, przedstawianego już w Telewizji Trwam, zwykli przychodzić na rozprawy w koszulkach z napisem "Oczekujemy sprawiedliwości i uczciwości", i siadać w pierwszych rzędach. Podobno ma to duży wpływ psychologiczny na sędziów!

Skończyć z pobłażaniem dla "grubych ryb"
Najwyższy czas, aby prokuratury i sądy zabrały się dużo ostrzej za poważne przestępstwa, a zwłaszcza za nazbyt łagodnie traktowane przypadki okradania majątku narodowego. Były pracownik stoczni gdyńskiej Adam Gotner, ciężko poraniony salwą z karabinu maszynowego w grudniu 1970 r., mówił w rozmowie z redaktorem "Tygodnika Solidarność" (nr z 21 kwietnia 2004 r.): "Dzisiaj jest jeszcze gorzej niż w 1970 roku. Wtedy wiedzieliśmy, że jest komuna i terror. A dzisiaj? Władza korumpuje się. Za parę groszy potrafi się sprzedać. Wszystko wolno. Nieważne są sądy, prokuratura. Ważne tylko, żeby nie dać się złapać".
Groteskowo brzmią wyroki dla prominentów w procesach o korupcję, skazujące ich np. na 7-letni czy 8-letni zakaz pełnienia funkcji w administracji publicznej. Moim zdaniem, osoba na wysokim stanowisku, złapana na korupcji, powinna mieć dożywotni zakaz pracy w administracji publicznej. W krajach skandynawskich już bardzo dawno wprowadzono taki właśnie dożywotni zakaz pełnienia jakichkolwiek funkcji w administracji przez osobę złapaną na korupcji. Co więcej, dodano do tego pozbawienie osób skorumpowanych prawa do emerytury. I właśnie dzięki tak surowym sankcjom doprowadzono do zdominowania urzędów przez osoby nieskazitelne.
Ludzie, którzy świadomie popełnili nieuczciwość na szerszą skalę wobec grupy swoich współobywateli, powinni być wpisywani (po udowodnieniu winy) do specjalnego rejestru oszustów. Rejestru, który powinien być dostępny w internecie, bez powoływania się na jakąkolwiek ochronę danych osobowych. Popełniłeś świadomie oszustwo - płać za nie publiczną hańbą! W Stanach Zjednoczonych częstokroć wyrok więzienia jest obostrzony przez publiczne napiętnowanie. Na przykład więźniowie muszą wykonywać prace "ozdobieni" tabliczkami z napisem: "Kradłem w supermarkecie", etc. U nas tego typu kary szczególnie należałyby się tym, którzy okradali tysiące osób w ramach oszukańczych prywatyzacji, wyprzedając zakłady za bezcen. Trzeba tylko wreszcie wziąć się za rozliczenie tych prywatyzacyjnych złodziejstw, choćby takich, jak doprowadzenie do upadku polskich stoczni w Gdańsku czy Szczecinie. Można sobie np. już teraz wyobrazić całe odcinki autostrad, budowane przez winnych złodziejstw dyrektorów przedsiębiorstw czy urzędników ministerstw, łącznie z niektórymi byłymi szefami resortów. I "ozdobienie" ich "odpowiednimi" tabliczkami: "Okradłem stocznię w Gdańsku", "Przez swoje złodziejstwo zniszczyłem podstawy bytu kilku tysięcy ludzi", etc.
W celu lepszego wykrywania przestępstw gospodarczych powinien być wreszcie zrealizowany postulat lustracji majątkowej. Muszą być dokładnie sprawdzone źródła majątków w okresie ostatnich 15 lat wszystkich podejrzanych osób, a także ich rodzin. Należy doprowadzić również do rozliczenia wszystkich afer z udziałem podmiotów gospodarczych. Przypomnę przy okazji mało znany fakt, że jeszcze do niedawna niemieckie urzędy skarbowe odliczały od podatków przedsiębiorcom to, co wydali na łapówki dla polskich urzędników. Kilka lat temu NIK podawała w raporcie, że ponad 50 proc. zagranicznych supermarketów powstało w Polsce z naruszeniem prawa. Dlaczego nie wyciągnięto z tego odpowiednich wniosków? Naród musi wiedzieć, jak go okradziono i kto to zrobił. Musi powstać biała księga na ten temat, być może wielotomowa, a w ślad za nią nastąpić rozliczenie aferzystów. Nie należy jednak zapominać o odpowiedniej profilaktyce w tej dziedzinie. Dlaczego nie weźmiemy np. wzorca z Kanady, gdzie od 15 lat istnieje specjalny urząd do kontrolowania inwestycji zagranicznych? Według prof. Witolda Kieżuna, w lokalnych zarządach firm zagranicznych, działających na terenie Kanady, dopuszcza się uczestnictwo tylko po jednej osobie z obcym obywatelstwem.

Oczyścić medialną stajnię Augiasza!
Ktoś kiedyś pisał, że w polskich mediach obserwujemy ciągłą walkę minut prawdy z latami kłamstw. Tu też widzimy jeden z efektów katastrofalnej polityki "grubej kreski". Dzięki niej dalej brylują w najlepsze nawet skompromitowane "tuzy" publicystyki stanu wojennego typu Daniela Passenta czy Krzysztofa Teodora Toeplitza, znane zresztą z dziesiątków plugawych tekstów antynarodowych. Jeden z takich skompromitowanych dziennikarzy Wojciech Giełżyński zwierzał się w paryskiej "Kulturze" w 1987 r.: "Bardzo wielu z nas [dziennikarzy - J.R.N.] świniło się niewinnie". Czy można świnić się niewinnie? Sam Giełżyński świnił się przez lata na całego, by przypomnieć choćby jego paszkwilancką broszurę z 1968 r., w której atakował studentów - "warchołów", Jasienicę i Kisielewskiego. Za to dziś w wolnej Polsce zajmuje czołową pozycję w kręgu wykładowców tematyki dotyczącej mediów jako rektor Wyższej Szkoły Komunikowania Społecznego w Warszawie! Czy dalej uczy kłamania i "świnienia się niewinnie"?
Wypróbowani, komunistyczni kłamcy nadal brylują w jakże wielu wpływowych mediach, w stacjach telewizyjnych, gazetach i czasopismach. Opanowane przez nich media potrafią wznieść się na prawdziwe szczyty zręczności w robieniu wody z mózgu przeciętnych Polaków. Jakże wymowny pod tym względem jest przykład podany przez Cezarego Michalskiego w "Tygodniku Solidarność" z 5 stycznia 2001 r.: "W socjologicznych badaniach wizerunku kandydatów do prezydentury większość ankietowanych stwierdziła, że Aleksander Kwaśniewski nigdy nie był członkiem PZPR, że ma wyższe wykształcenie, że jest wysoki, itd. W ten sposób wizerunek wypiera postać realną, przedmiot".
Służący im najemnicy pióra, aby jak najbardziej zepchnąć w cień potrzebę lustracji i dekomunizacji, zaczęli maksymalnie nagłaśniać rzekome zagrożenie Polski "klerykalizmem", powstaniem państwa wyznaniowego, "nacjonalizmem" czy "antysemityzmem". Praktyka ta trwa do dziś i z powodzeniem została przyjęta również przez różne łże-pisma lewicowo-liberalne, od "Gazety Wyborczej" po "Przekrój" i "Newsweek". Tak jak kiedyś skrzętnie milczano o okradaniu Narodu przez promotorów "złodziejskiej prywatyzacji", tak dziś równie uparcie milczy się o rozmiarach kryzysu gospodarczego w Polsce czy różnych innych szkodliwych poczynaniach rządzącej Platformy. Za to tym więcej gardłuje się na temat bzdurnych pseudotematów typu spór o samolot dla premiera i prezydenta, kto ma prawo nim polecieć.
Sprzedajne czerwone i różowe media potrafią maksymalnie długo deliberować nawet nad najdrobniejszymi prawicowymi "ekscesami" typu, że ktoś tam przed laty został sfotografowany z ręką podniesioną w rzymskim salucie. Te same media równocześnie milczą jak grób w przypadku największych nawet skandali godzących w wolność słowa czy nauczania. Jak wytłumaczyć np. haniebne milczenie "Gazety Wyborczej", der "Dziennika" czy "Trybuny" na temat największego od czasów stalinowskich przejawu łamania wolności nauki - storpedowania przez nagonkę konferencji naukowców na Uniwersytecie Wrocławskim i usunięcia ze stanowiska dyrektora instytutu naukowego prof. Tadeusza Marczaka, organizującego tę konferencję? Ten bezprzykładny atak na wolność nauki w dzisiejszej Polsce oprotestowało m.in. 13 europosłów i 225 sygnatariuszy listu protestacyjnego, w tym 81 profesorów. Byli wśród nich tak wybitni luminarze nauki, jak profesorowie: Andrzej Zybertowicz, Wojciech Roszkowski, Ryszard Legutko, Andrzej Nowak, Witold Kieżun, Stefan Kurowski, Bogusław Wolniewicz czy Zbigniew Jacyna-Onyszkiewicz. A jednak przeważająca część mediów całkowicie przemilczała, jak widać, bardzo niewygodny dla nich protest. "Rzeczpospolita" napisała o nim dość skrótowo, ani słowem nie zająknąwszy się na temat "niemieckich kulisów" nagonki na konferencję we Wrocławiu, usunięcia prof. Marczaka ze stanowiska dyrektora Instytutu Studiów Międzynarodowych na wniosek Niemca K. Bachmanna etc. Jak widać, dziennikarze "Rzeczpospolitej" już dziś boją się niepoprawnie "wychylić" w sprawach niemieckich, krytykować Niemców za cokolwiek, bo już niedługo spodziewane jest przejęcie gazety przez niemieckiego właściciela - koncern Springera. I tu znów natrafiamy na kolejny przejaw patologii dziennikarstwa w Polsce - opanowanie ogromnej części mediów przez obce koncerny, głównie niemieckie. Ich dominacja jest szczególnie groźna na Śląsku, Pomorzu i Mazurach. Istnieje aż nadto wiele przykładów, że liczne gazety w niemieckim posiadaniu starają się podważyć poczucie polskiego patriotyzmu i polskich interesów narodowych, lansować proniemiecki punkt widzenia w spornych sprawach polsko-niemieckich etc.
Najgorszą patologią przeważającej części mediów jest nagłaśnianie przez nie oszczerczych kalumnii pod adresem ludzi opcji patriotycznej i ludzi Kościoła. Ileż razy ofiarą tych pomówień padało Radio Maryja, starannie "opryskiwane błotem" w takich stacjach jak TVN, na łamach "Wyborczej", "Rzeczpospolitej", "Wprost", "Newsweeka" czy "Trybuny". Mamy do czynienia z totalną bezkarnością oszczerców. Sam padałem niejednokrotnie ofiarą tego rodzaju praktyk. Czy miałem jednak wdawać się z nimi w sądowe rozliczenia, by podzielić los prof. Ryszarda Bendera, przez dziesięć lat procesującego się z Jerzym Urbanem? Ileż płacimy za haniebną powolność polskich sądów i bezkarność mediów, bez skrupułów sięgających po najohydniejsze kalumnie. A przecież w prawdziwie sprawiedliwym kraju, jakim musi się wreszcie stać Polska, powinny być wprowadzone standardy godne wielkich demokracji zachodnich.
Powinien zostać powołany specjalny sąd dziennikarski, który zająłby się przebadaniem oszczerstw medialnych ostatnich 10 lat. Członków sądu dziennikarskiego powoływałby Sejm spośród dziennikarzy cieszących się największym autorytetem i wytypowanych w drodze głosowań przez senaty sześciu największych polskich uczelni. Sądy te wpisywałyby oszczerców na specjalne "listy kłamliwych dziennikarzy", które na początku każdego roku byłyby przedstawiane czytelnikom dzienników i tygodników oraz ogłaszane w mediach elektronicznych. Osoby, którym udowodniono by świadome, cyniczne rzucanie oszczerstw, miałyby na kilka lat zablokowane występowanie w mediach publicznych. Nie mogłyby też pełnić żadnej kierowniczej funkcji w innych mediach. Dochodziłyby do tego oczywiście osobne postępowania karno-sądowe, inicjowane przez osoby poszkodowane. Tylko taki wielostronny zestaw działań umożliwiłby oczyszczenie atmosfery w mediach. Bierzmy pod tym względem przykład z brytyjskiej BBC, gdzie sam prezes zmuszony został do rezygnacji po udowodnieniu jaskrawego zafałszowania faktów przez podległego mu pracownika.
Jednym z najważniejszych celów walki o prawdę w mediach musi być obnażenie cynizmu różnych medialnych "przebierańców", choćby takiego tygodnika "Wprost", który po tylekroć poniewierał polską historią i oczerniał Naród. A potem, z głupia frant, występował z tekstem "Liga obrony honoru", głosząc, że "Obrona czci własnego narodu to powinność i dobry biznes" ("Wprost" z 29 sierpnia 2004 r.). W takich przypadkach zwykło się mówić: "Diabeł ubrał się w ornat i ogonem na Mszę dzwoni!". Tyle że medialni przebierańcy liczą, jak zwykle, na słabą pamięć większości ludzi, która ułatwi im koniunkturalne stanięcie na czele. Cóż, już stary fałszerz Goebbels mówił, że "propaganda winna być nakierowana na tych wszystkich, którzy nie pamiętają, co się zdarzyło trzy dni temu". A taka jest, niestety, przeważająca część ludzi, raczonych kłamliwą papką telewizyjną.
W USA są stany, w których za przekleństwo wypowiedziane w radiu czy telewizji można zapłacić wiele tysięcy dolarów grzywny. Czy nie warto tych wzorców przejąć? Tymczasem w Polsce używanie najgorszych przekleństw należy do swego rodzaju mody w licznych programach mediów elektronicznych, przykładem są choćby "wiązanki", jakimi posługiwał się przy różnych występach Jerzy Owsiak, czy "popisy" Agnieszki Chylińskiej i Kuby Wojewódzkiego.

Problem z partiami "wodzowskimi"
Prawdziwym przekleństwem prawicy są partie "wodzowskie" czy "dworskie", których liderzy konsekwentnie otaczają się aparatczykowskimi miernotami. Zamiast fachowców i ludzi twórczych popierany i promowany jest model działacza, dla którego "dzień bez pochlebstwa jest dniem straconym". Taka "karierowiczowska stonka" stanowi trzon negatywnej selekcji, dokonywanej przez liderów kosztem "podejrzanych", bo nazbyt niezależnych myślowo ludzi, prawdziwie popularnych w swych regionach. Czy to jest przypadek, że partie prawicowe na ogół mają bardzo małe zaplecze intelektualne, tak niewielu identyfikujących się z ich programami naukowców czy twórców? Zastraszające wprost jest to, jak łatwo liderzy tych partii godzą się z odchodzeniem kolejnych "intelektueli", zniechęconych wodzowskimi tonami i brakiem posłuchu dla porad "ekspertów". Jakże inne pod tym względem było postępowanie SdRP, a później SLD czy UD, a później UW, wręcz hołubiących i promujących swoich naukowców i twórców. Inna sprawa. Już w 1993 r. na małym konwentyklu po przegranych wyborach mówiłem w otoczeniu grupki prominentnych działaczy partii prawicowych, w tym m.in. Jarosława Kaczyńskiego, jak zły jest panujący na prawicy model partii z jednym wielkim liderem: partia Moczulskiego, Kaczyńskiego, Olszewskiego etc. Nagłaśnianie tylko jednego lidera ułatwia całą robotę przeciwnikom - wystarczy go bowiem odpowiednio zdyskredytować w mediach... Jakże inaczej robią - mówiłem - na lewicy. Postkomuniści w SdRP mają obok jednego wyrazistego przywódcy Kwaśniewskiego szereg innych, mocno popularyzowanych: Millera dla betonu, Cimoszewicza dla bardziej liberalnego elektoratu, Oleksego, Pastusiaka, Szmajdzińskiego, Waniek etc. Unia Demokratyczna ma Mazowieckiego, Geremka, Kuronia, Kuratowską, Michnika, Lityńskiego etc. Każdy ma swój przydział, swoje poletko działania i jest odpowiednio nagłaśniany. Niestety, moje uwagi wyraźnie nie przypadły do gustu obecnym na spotkaniu, preferującym "wodzostwo" liderom.
Czy naprawdę PiS musiało się pozbyć Ludwika Dorna, uważanego niegdyś za trzeciego bliźniaka i najwierniejszego z wiernych w trudnych czasach opozycji, gdy rozbijano PC? Osobiście patrzyłem na niego jak na swego rodzaju wachmistrza Sorokę przy Kmicicu. A przy tym intelektualnie przerastał przeważającą część dziś tak wpływowych w PiS biurokratów partyjnych. Dorn nie jest dla mnie ani brat, ani swat, czasem mnie irytował niepotrzebnymi wyskokami słownymi (chociażby te osławione o "doktorach w kamaszach" czy o "wykształciuchach"). Czy trzeba było się z nim rozstawać, i jeszcze w takich okolicznościach (publiczne perorowanie o alimentach Dorna)? Faktem jest, że Dorn po odejściu z partii wykazuje autentycznie klasę i w odróżnieniu od różnych Marcinkiewiczów i Sikorskich nie atakuje publicznie swej partii ani ostentacyjnie nie wiąże się z jakimś innym politycznym bytem, jak K.M. Ujazdowski. Żałuję, że w PiS nie uznano za celowe tolerowanie różnych nurtów, przy zachowaniu jednego wyrazistego lidera, jakim od tylu lat jest Jarosław Kaczyński. Swoją drogą, ubolewałem, że nie stworzył takiego nurtu w PiS Marek Jurek, zamiast odchodzić z tej partii. Po przeprosinach Kaczyńskiego mógł wyraźnie umocnić swoją pozycję w partii, pozostając marszałkiem Sejmu, i stworzyć wyrazisty nurt pod swym kierownictwem. A wtedy mocniejsze byłoby w PiS nie tylko stanowisko posłów zdecydowanie antyaborcyjnych, ale również i ta duża skądinąd grupa, która jest przeciwna traktatowi lizbońskiemu. A może będąc nadal w PiS, Jurek mógłby skutecznie przeciwdziałać nieszczęsnej decyzji o przyspieszonych wyborach jesienią zeszłego roku?

Postawić na demokrację oddolną
W partiach prawicowych, i to zarówno w LPR, jak i w PiS, fatalne skutki przynosiło i przynosi oglądanie się ludzi aparatu partyjnego wyłącznie na swoich zwierzchników, bez troski o maksymalne rozszerzanie zaplecza partyjnego. Po katastrofie wyborczej LPR i rozpadzie organizacji terenowych tej partii wielu jej cennych ideowo działaczy i członków PiS mogłoby łatwo pozyskać dla siebie, a niektórzy wręcz do PiS się garnęli. Na ogół niewiele z tego wyszło na skutek szczelnego zamykania się aparatu PiS-owskiego wobec potencjalnych nabytków z zewnątrz. Niektórzy tłumaczą to tym, że bano się konkurencji mądrzejszych przybyszów z innych partii. Coś w tym jest. Warto przypomnieć w tym kontekście ostrą opinię Jerzego Gieysztora w "Niedzieli" z 5 czerwca 2005 r. na temat praktykowanego dzisiaj sposobu układania list wyborczych przez poszczególne partie: "Układanie tych list rodzi korupcję, a partyjni liderzy mądrzejszych od siebie na nich nie umieszczają [podkr. - J.R.N.]. Selekcja jest negatywna, co widać i słychać".
I właśnie tu chodzi o rzecz zasadniczą. Należy zrobić wszystko, by doprowadzić do odpartyjnienia przyszłych wyborów samorządowych. By na listach umieszczano rzeczywiście najbardziej kompetentnych i najuczciwszych ludzi z terenu, a nie tych, którzy najbardziej odpowiadają z różnych względów poszczególnym liderom partyjnym. Inna sprawa, że właśnie udana praca w samorządach powinna być podstawowym etapem przygotowawczym do późniejszej pracy w parlamencie i rządzie, tak jak to jest praktyką w ogromnej części krajów Zachodu. By przypomnieć choćby karierę Konrada Adenauera, przez dziesięciolecia burmistrza Kolonii, który potem stał się najskuteczniejszym kanclerzem Niemiec.
Skończmy z praktyką doby komunizmu i spartaczonych transformacji po 1989 r., kiedy wyłącznie układy decydowały o awansach na każde wpływowe stanowisko. Dość przypomnieć choćby Jacka Kuronia, bez żadnych ugruntowanych kompetencji w jakiejkolwiek dziedzinie, który w nagrodę za rolę w opozycji został szefem resortu pracy i rozłożył go gruntownie na łopatki, czy byłego korowskiego opozycjonistę Henryka Wujca, z zawodu fizyka, którego mianowano wiceministrem rolnictwa! Zupełnie jak w czasach dyktatury Chłopickiego w Powstaniu Listopadowym, gdy tabunami rzucili się na urzędy ludzie, powołujący się na swe prześladowania za czasów księcia Konstantego i Nowosilcowa. Jak pisał Maurycy Mochnacki w 1832 r. o tamtych kombatanckich awansach: "Ten siedział parę lat w więzieniu - więc zrobić go ministrem!".
Przypomnijmy tu jakże godne uwagi stwierdzenia z kazania ks. Mieczysława Malińskiego z lipca 1994 r., tak silnie akcentującego doniosłość wyborów samorządowych: "(...) Powinieneś mieć poczucie, że Rzeczpospolita składała się z małych rzeczpospolitych. To jest Polska, którą widzisz, gdy otworzysz okno. To jest twoja wieś, miasteczko, twoja dzielnica, świat, w którym żyjesz na co dzień, ze swoimi kłopotami i radościami, ze swoimi problemami do rozwiązania. (...) Przedtem urządzała tę wielką Polskę i te małe Polski partia, ona decydowała za ciebie we wszystkim. Tyś był nie liczącym się prochem. I tak myśmy się przyzwyczaili, że władza to 'oni', którzy nas za mordę trzymają. A my skrzywdzeni, zgarbieni i przygięci do ziemi (...), nam już nie wolno się nie interesować polityką. Teraz porządku w Polsce nikt nie ma ci prawa narzucić. To ty jesteś za niego odpowiedzialny. (...) Dlatego na to, żeby działać skutecznie, najlepiej by było, żebyś odszukał tych, którzy podobnie jak ty myślą, czują, którzy stawiają sobie podobne cele polityczne, społeczne, gospodarcze, kulturalne. Popieraj ich albo nawet przyłącz się do nich (...)".
Zręby tak potrzebnego przyszłego przełomu muszą być budowane oddolnie w terenie przez inicjatywy miejscowych patriotów. Nie partie wodzowskie, wszystko dyktujące od góry, lecz oddolne działania, promujące najlepszych i najskuteczniejszych. Tylko przez siłę tego rodzaju ruchów stworzymy prawdziwą Rzeczpospolitą obywatelską w miejsce platformowej Rzeczypospolitej kolesiów.

Degradacja nauki
Pod rządami liberałów z PO dalej trwa degradacja polskiej nauki, rozpoczęta dużo wcześniej dzięki obłędnemu oszczędzaniu w wydatkach budżetowych na sprawy naukowe przez "profesora" Leszka Balcerowicza. Przypomnę tu jakże wymowne słowa byłego rektora Uniwersytetu Warszawskiego prof. Andrzeja Kajetana Wróblewskiego, który już osiem lat temu stwierdził bez ogródek: "Balcerowicz polubił plan zamordowania nauki polskiej". Polska mogłaby trafić do Księgi Guinnessa za swój skandalicznie niski poziom wydatków budżetowych na naukę. Już w 1997 r. doczekaliśmy się jakże dosadnego komentarza francuskiego fizyka noblisty Georges'a Chrapaka na temat agonii polskiej nauki: "Dowiedziałem się, że Polacy przeznaczają 0,5 proc. swego dochodu narodowego na badania naukowe i pomyślałem sobie, że musicie być chyba niespełna rozumu. (...) Wasze 0,5 proc. to dywersja przeciw Polsce i jej talentom. To zbrodnia".

"Budżet nie może być humorystyczny" - na próżno alarmowała w liście otwartym do premiera Włodzimierza Cimoszewicza grupa znanych naukowców w październiku 1996 roku. "Nauka polska umiera" - pisano w tymże roku już w tytule "Tygodnika Solidarność" (nr z 29 lutego 1996 r.). Wystąpienia tego typu można by wyliczać bardzo długo. Cóż z tego, gdy okazały się całkowicie bezowocne. Nauka, pomimo kolejnych zmian rządu, pozostaje pariasem budżetu, co decyduje o spowolnieniu całego polskiego rozwoju.

Spychanie polskiej nauki na margines życia poprzez żałośnie niskie wydatki budżetowe zmniejsza szanse rozwoju jakże wielu wspaniałym, utalentowanym polskim naukowcom i sprzyja ich "ucieczce" za granicę. Przypomnijmy, że jeszcze 10 sierpnia 2004 r. pisano w "Gazecie Finansowej", że "Z analizy, przeprowadzonej przez McKinsey wynika, że Polska ma szansę stać się europejską potęgą w dziedzinie R and D (Research and Development - badań i rozwoju). A to za sprawą dobrze wykształconej kadry naukowej, która wciąż nie jest uaktywniona przez rodzimy biznes i słabo opłacana przez państwo". Na próżno świetnie znający zagraniczne realia prof. Zdzisław Krasnodębski (od wielu lat profesor na uniwersytecie w niemieckiej Bremie) już w 2003 r. pisał o jakże niewykorzystanym polskim atucie: "Mamy niezwykle inteligentnych młodych ludzi, często bijących na głowę studentów niemieckich czy nawet amerykańskich. Zasługują oni na znacznie lepsze uniwersytety" ("Wprost" z 31 grudnia 2003 r.).

Mimo tych tak niekorzystnych, degradujących warunków, można i tak podziwiać pozycję niektórych dziedzin polskiej nauki w świecie, pozycję, która jednak stopniowo ulega rosnącej degradacji. Przypomnę choćby to, co pisał na ten temat wybitny historyk i politolog ukraiński, profesor historii Ukrainy na Uniwersytecie Harvarda Roman Szporluk: "(...) Specjalistom wiadomo, że polska nauka historyczna, polska socjologia czy filozofia stoi wyżej od niemieckiej. Niektórzy doszli do tego samego wniosku już wcześniej sami. Od mądrych i bezstronnych ludzi słyszałem, że dla amerykańskiego uczonego w dziedzinie nauk społecznych znajomość polskiego jest nie mniej, a może bardziej korzystna, niż znajomość włoskiego czy hiszpańskiego. (...) Poza granicami Polski, zwłaszcza w byłych republikach radzieckich od Bałtyku po Morze Czarne, jest chyba więcej ludzi mówiących, czytających i słuchających radia i TV po polsku, niż po niemiecku czy francusku" ("Rzeczpospolita" z 4-5 października 1997 r.).

Niestety, rządy PO, zamiast wsparcia poziomu polskiej nauki i jej modernizacji, sprzyjają tylko pogłębianiu jej zapaści. Dość przypomnieć tylko niemądre pomysły pani minister nauki Barbary Kudryckiej w sprawie zniesienia habilitacji i umożliwienia robienia doktoratu po licencjacie, co natychmiast zaniżyłoby poziom polskiej nauki czy jej skrajną tendencyjność w traktowaniu różnych uczelni - wszak zaczęła od pogróżek pod adresem "niepoprawnej politycznie" w oczach liberałów Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu. Prawdziwą katastrofą okazują się również rządy minister Katarzyny Hall w sferze edukacji, szczególnie w odniesieniu do nauk humanistycznych. To jej zawdzięczamy nieszczęsne pomysły dalszego zredukowania i tak żałośnie niskiego wymiaru godzin nauczania historii w szkołach i przetrzebienia podstawowych lektur z klasyki przy nauczaniu języka polskiego (od Słowackiego po Żeromskiego, Herberta czy Herlinga-Grudzińskiego). Na próżno niektórzy autorzy protestują w kolejnych tekstach, np. Kaja Bogomilska, "Szlaban na Słowackiego" ("Nasza Polska" z 9 grudnia 2008 r.), Iwona Dudzik, "Czytanie Żeromskiego będzie nieobowiązkowe" ("Dziennik" z 3 grudnia 2008 r.) etc. Na próżno pisze Jacek Dehnel, że takie okrawanie listy lektur oznacza "hodowanie kretynów". Pani Hall nie robi sobie nic z protestów, zyskując przy tym mocne wsparcie w czasopismach dawno wyzutych z zamiłowania do polskich tradycji kulturowych, typu "Newsweek" (haniebne wręcz potraktowanie twórczości Stefana Żeromskiego w tekście Mariusza Cieślika zatytułowanym: "Mam w d... Stefana" ("Newsweek" z 14 grudnia 2008 r.).

Prof. Jerzy Robert Nowak http://www.radiomaryja.pl

01.01.2009

0
Nikt jeszcze nie ocenił tej publikacji. Bądź pierwszy
Twoja ocena: Brak

PiS nie pozbyło się Ludwika Dorna

portret użytkownika Zb.Ziemba

PiS nie pozbyło się Ludwika Dorna. Dorn odszedł na bok by pewne sprawy przemyśleć. Jeśli Dorn, jest człowiekiem rozsądnym to zapewne się opamięta.

A ja rozumiem L. Dorna

portret użytkownika arkada

Nie wiem kto mialby sie opamietac, Z Ludwikiem Dornem można się zgadzać bądź też nie, ale to jest POSTAĆ
a ja osobiscie bardzo Ludwika Dorna cenie:
1/ za erudycje, (np. jestem wdzieczny LD za termin wykształciuch i ponowne wprowadzenie Sołzenicyna do jezyka debaty publicznej)
2/ za dobry humor
3/ za diagnoze polityki miedzynarodowej, z wewnetrzna bywało róznie, a ze miał z nia kłopoty wymownie świadczy fakt jego marginalizacji
4/ za Jego tworczośc dla dzieci - to chyba znacznie trudniejsze zainteresowac tak umiejętnie brzdąców swymi wypowiedziami niż dorosłych - NAPRAWDĘ WIELKI SZACUNEK
Jesli ktoś mialby sie opamietać to ten, kto np. zrobił niejakiego Marka Kuchcińskiego wiceszefem partii. bo sprawiŁ, że ktoś kto uważa się za inteligenta, musi albo znaleźc sobie inną motywacje, albo trzymać z głebokiej tajemnicy fakt, że głosował na partię której wiceprzewodniczący ma kłopoty z posługiwaniem sie językiem polskim (przynajmniej ja w ciągu ostatniego roku nie słyszalem ani jednej wypowiedzi p. MK, która miałaby użyte poprawnie podmiot, dopełnienie i orzeczenie, choć słyszalem ich wiele).
Życząc PiSowi jak najlepiej mam nadzieje że prędzej polityki zniknie IV Brygada Jarosława Kaczyńskiego niż Ludwik Dorn i byli partii

Arkadiusz Adamczyk

Łomatko

portret użytkownika witold k
cytuję arkada

...ktoś kto uważa się za inteligenta, musi albo znaleźc sobie inną motywacje, albo trzymać z głebokiej tajemnicy fakt, że głosował na partię której wiceprzewodniczący ma kłopoty z posługiwaniem sie językiem polskim (przynajmniej ja w ciągu ostatniego roku nie słyszalem ani jednej wypowiedzi p. MK, która miałaby użyte poprawnie podmiot, dopełnienie i orzeczenie, choć słyszalem ich wiele).

Skorzystam z zaznaczonego komentarza, aby zwrócić uwagę na taki oto fakt. Jedną z całej palety powodów, że 90 % użytkowników internetu to bierni użytkownicy – tacy, którzy biorą a nie dają. Jest obawa przed oceną naszej poprawności w publicznym wypowiadaniu się. Musimy tę barierę pokonywać. Znaczy... być wyrozumiałymi. Cierpliwymi. Inaczej publiczna debata... udusi się w kolejnym własnym sosie.

Szanuje Ludwika Dorna. Przypominam, że pod jego pochodzenie PIS fastrygował Ustawę lustracyjną – jak był dobry dla braci. Jak się naraził to okazało się, że za mało płaci... alimentów? Owszem jest problem z postawami moralnymi. Jednak nie mniejszy jak w przypadku wykorzystywania owych do rozstawiania po kątach. Zwłaszcza, kiedy szyte są grubymi nićmi.

Teraz o nas i dla nas.
Zapraszam do drugiego art. pana Nowaka - Rok 2009 - szanse i nadzieje (2) myślę, że częściej czytelnicy trybunalskich.pl winni mieć taką możliwość. Przypominam. Trybunalscy.pl to portal Piotrkowian, gdziekolwiek by byli. Innych autorów publikujemy za ich zgodą i gościnnie.

Trybunalscy prócz zadeklarowanej ideowości skupia ludzi różnej, jak nazwę, proweniencji.... Pierwsze pióro i nie pierwsze..., że podpisanego niżej wskażę. Wybitnych samorządowców, społeczników, polityków, nauczycieli... i tych, co ogólne pojecie mają o samorządności, itp...

witold k

Opcje wyświetlania odpowiedzi

Wybierz preferowany sposób wyświetlania odpowiedzi i kliknij "Zapisz ustawienia" by wprowadzić zmiany.